Czy trzeba dokończyć karę więzienia mimo złego stanu zdrowia? Dostałam wyrok dwóch lat w więzieniu, gdzie spędziłam ponad pół roku. Potem dostałam odroczenie na rok z powodu choroby psychicznej. Po operacji ręki jestem częściowo sparaliżowana. Co mogę zrobić, żeby nie trafić znowu do celi? Czy muszę dokończyć karę
Chords: D, E, A, F#m. Chords for BACIARY Gdy wyszedłem z więzienia na wolność [audio track]. Chordify is your #1 platform for chords. Play along in a heartbeat.
Ma 31 lat, ale jak wychodziła z więzienia, czuła się, jakby narodziła się na nowo. pieniądze zarobione w więzieniu kończą się i trzeba postanowić, co dalej - mówi Patrycja.
Decyzją prokuratora generalnego Zbigniewa Ziobry na wolność wyszła 24-letnia Marika, skazana za rozbój. Rzecznik poznańskiego sądu Aleksander Brzozowski w rozmowie z reporterem TVN24
Kup prenumeratę cyfrową Dziennika Łódzkiego. Jednym z osadzonych odbywających długoletni wyrok jest 37-letni Mariusz. Dostał 25 lat pozbawienia wolności. Po 15 może ubiegać się o warunkowe zwolnienie. W sieradzkim Zakładzie Karnym przebywa od 19 lat. Dotychczas Sąd Penitencjarny nie wydał jednak decyzji o warunkowym
Odejście z kapłaństwa porównujesz do wyjścia z więzienia. Dla mnie to była ulga. Gdy przestałem być księdzem, na nowo odzyskałem wiarę. Chodzę do kościoła, gdy chcę, a nie kiedy muszę, modlę się, gdy czuję potrzebę. Zniknął też przymus ekonomiczny — nie jestem zależny od biskupa, ale od tego, co zarobię swoimi rękami.
. Pieniądze może i drobne, ale przestępstwo poważne. Z kasetki automatu jednej z kieleckich myjni samochodowych zniknął bilon. Podejrzanemu o kradzież z włamaniem 40-letniemu mieszkańcowi miasta grozi do 10 lat sobotę przed południem do komisariatu policji na osiedlu Na Stoku w Kielcach zgłosił się 49-letni właściciel myjni samochodowej działającej na terenie osiedla Słoneczne Wzgórze. Poinformował, że w nocy z piątku na sobotę ktoś włamał się do kasetki na bilon umieszczonej w automacie myjni i zabrał z niej pieniądze - informuje kielecka z włamaniemPo kilku godzinach, w sobotę po południu, funkcjonariusze Wydziału Kryminalnego zatrzymali prawdopodobnego sprawcę, 40-letniego mieszkańca miasta. Kielczanin usłyszał już zarzut kradzieży z włamaniem. Grozi mu do 10 lat pozbawienia wolności.§ 1. Kto kradnie z włamaniem, podlega karze pozbawienia wolności od roku do lat 10. § 2. Jeżeli kradzież z włamaniem popełniono na szkodę osoby najbliższej, ściganie następuje na wniosek policjaŹródło zdjęcia głównego: Shutterstock
Od 21 sierpnia powiadomienia o nowych wpisach na mojej stronie FidoSysop na Facebooku zostały wyłączone, ale w sobotę strona wróciła do życia. Pisałem na blogu o Beto O'Rourke, aby sprzedać swoje AR-15 i udostępniłem to na Facebooku. Ku mojemu zdziwieniu, post dostawał komentarze i polubienia, co wcześniej nie było możliwe. Bez powiadomienia wyszedłem z więzienia na Facebooku. 🙂 nie mam pojęcia, dlaczego byłem po cichu usankcjonowany najpierw. Publikując i komentując na Facebooku, nauczyłem się z poprzednich doświadczeń, aby być miłym. To gryzie się w język i nie mówię pierwszych myśli, a odpowiedź jest cukrem. Często decyduję się nie komentować, ponieważ tak naprawdę nie było możliwości, aby mój komentarz został zatwierdzony przez policję na Facebooku. Myślę, że ta sytuacja sięga głębiej niż więzienie na Facebooku. Zaczęło się 21 sierpnia, a między 22 a 23 sierpnia ta domena została zeskrobana. Wszystkie moje posty na blogu, obrazy, archiwa itp. zostały zebrane z prywatnych adresów IP. Serwer zużywał większą przepustowość w ciągu tych dwóch dni niż wykorzystał w ciągu miesiąca. Ale to był dopiero początek koszmaru. Wiedząc, że coś się dzieje, ale nie jestem pewien, co to jest, zacząłem uruchamiać polecenia witryny w Bing i wyszukiwarce Google. Okazało się, że wszystkie moje zindeksowane adresy URL zostały usunięte z wyszukiwania Bing. W tym czasie był nadal indeksowany w wyszukiwarce Google. Skontaktowałem się z pomocą techniczną Bing dla webmasterów i zapytałem, dlaczego moja witryna została usunięta z ich indeksu. Zajęło to kilka dni, ale przedstawiciel wsparcia Bing odpowiedział i powiedział, że pracuję nad tym, proszę dać mi trochę czasu. Inny e-mail powiedział, że moja domena została zablokowana w Bing SERP. To przedstawiciel eskalował bilet do innego działu. Otrzymałem kolejną odpowiedź z informacją, że Bing usunął blok i dał jej 3-4 tygodnie na ponowne zindeksowanie. Polecono mi ponownie przesłać mapy witryn i główne adresy URL witryn, aby przyspieszyć proces indeksowania. Wykres zindeksowanych adresów URL w konsoli wyszukiwania Google pokazujący dni, w których blog FidoSysop był usuwany z indeksu. Zakładając, że to Facebook oznaczał moją domenę jako zawierającą szkodliwą treść, odłączyłem stronę od menedżera biznesowego Facebooka i usunąłem weryfikację z DNS. Usunąłem też aplikacje Facebook i Pages Manager z mojego smartphone. W następnym tygodniu konsola wyszukiwania ujawniła, że Google usunął również moją witrynę z indeksu na kilka dni, ale umieścił ją z powrotem. To oczywiste, że ktoś zgłosił tę domenę jako zawierającą nienawistne lub nieodpowiednie treści. Może ktoś z wysokiego szczebla nakazał Facebookowi zbanowanie cienia mojej strony FidoSysop. Może po zeskrobaniu strony, ktokolwiek to zrobił, zdał sobie sprawę, że nie ma na niej nienawistnych ani niebezpiecznych treści. FidoSysop osiągnął MILIONÓW zwolenników Donalda J. Trumpa! 😉 FidoSysop obsłużył miliony wyświetleń i zaangażowania, robiąc migawki tweetów, które pokochali jego obserwatorzy na Facebooku. Dziwne jest również to, że Facebook umieszczał FidoSysop w swoim więzieniu i wychodził z niego bez powiadomień. Tak mam DUŻE USTA i z reguły nie owijam niczego w krzaki ani w cukiernicę. Jednak kiedy jestem na Facebooku, zachowuję się jak najlepiej. Jedyne, o co proszę Facebooka, to otrzymanie równej platformy, na której będę mógł dzielić się materiałami, którymi cieszą się inni konserwatyści i zwolennicy Trumpa. Nie ma o co prosić! 🙂 Jestem urodzonym na Florydzie dobrym chłopcem z południa, który spędza czas online i śledząc technologię. Będąc technikiem telewizyjnym od wczesnych lat 70-tych, czułem się jak w domu, kiedy sieć została udostępniona publicznie. Bloguję swoją opinię na wiele wartościowych tematów jako hobbysta. Jeśli uznasz, że informacje zawarte w tym artykule są pomocne, skomentuj i udostępnij, jeśli to możliwe! nawigacja po wpisach
Wracam do domu Ostatni raz spojrzałem na ponurego strażnika i wyszedłem na ulicę. Ciężkie, stalowe kraty zamknęły się za mną, odcinając od dotychczasowego życia. Westchnąłem, przystając na chodniku – mokrym, krzywym i starym. Rozejrzałem się po znienawidzonych kamienicach. Znałem na pamięć każdy szczegół tych zaniedbanych budowli. Były moją codziennością i koszmarem, nie mogłem się ich pozbyć nawet w marzeniach sennych. Ludzie, którzy w nich żyli, towarzyszyli mi przez ostatnie trzy lata. Obserwowałem ich tak, jak w swoim wcześniejszym życiu obserwowałem konie na pastwisku. Znałem ich zwyczaje, sposób bycia, być może i charakter. Nie wiedziałem, czy w tym momencie byłem szczęśliwy. Ostatnie lata spędziłem w więzieniu, wpadając w rutynę i dziwny letarg. Teraz miałem tylko jeden cel. Musiałem dojechać do domu. O ile jeszcze jest moim domem. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz rozmawiałem z siostrą, ale czułem, że nie odwróciła się ode mnie całkowicie. Nie mogłaby. Nie po tym wszystkim, co razem przeszliśmy. Musiałem to sobie wmawiać, potrzebowałem nadziei niczym tonący koła ratunkowego. Nie mając większego wyboru, powoli ruszyłem ulicą w stronę dworca autobusowego. Ze względu na wczesną godzinę byłem pewien, że złapię jakiś autobus, nie wiedziałem za to ile będę musiał czekać. Miałem w kieszeni sto złotych, moje jedyne pieniądze. W więzieniu odpracowałem to, co ukradłem i zniszczyłem, ale na zarobek nie było już czasu. Dali mi jedynie gotówkę na start – sto złotych. Śmiech na sali. Teraz podobno powinienem skierować się do jakiejś agencji pracy… Hufca… Zwał jak zwał, nie miałem zamiaru reszty życia spędzić na zamiataniu ulic. Owszem, mogłem skorzystać z porad więziennych psychologów i tak dalej. Mogli mi pomóc zacząć nowe życie. W końcu przed trafieniem do więzienia nie miałem nic, do czego teraz mógłbym wrócić – oprócz siostry i naszego rozpadającego się domu. Nie chciałem pomocy. Nie to, żebym chciał też wrócić do przeszłości. Kradzieże z pewnością już mi po głowie chodzić nie będą, ale jako człowiek wolny, potrzebowałem odetchnąć pełną piersią i cieszyć się tym, że nie zwalili mi na głowę kuratora. Chwała bogom, udało mi się spłacić te cholerne szkody, za które mnie posadzili i nie musiałem ich dodatkowo odpracowywać. Przemierzając puste miasto, rozglądałem się na boki. Patrzyłem na odrapane ściany, kałuże, ptaki, kolorowe kwiaty w oknach. Czułem się dziwnie. Nie potrafiłem określić, czy jest to strach, smutek, stres, czy może wszystko na raz. Byłem wolny. Miałem dwadzieścia sześć lat i mogłem decydować o sobie. I cholernie się bałem tego stanu. No bo przecież co zrobię, jeśli siostra mnie nie przyjmie? Nie miałem się gdzie podziać, a już wolałem spać pod mostem, niż przyjmować klitki oferowane przez państwo. Spojrzałem na witryny sklepowe, dostrzegając swoje odbicie. Aż miałem ochotę przystanąć i przyjrzeć się bliżej. Gdzieś tam w więziennych łazienkach można było spotkać lustra, ale nigdy jakoś nie przyszło mi do głowy by w nie zaglądać, zawsze wolałem szybko skorzystać z prysznica, kibla i zmyć się do swojej celi. Nie zatrzymałem się teraz, bo wyglądałoby to dziwnie, jednak za każdym razem, gdy mijałem okna, patrzyłem w nie, obserwując swoją sylwetkę. Przez te lata wydoroślałem. Zawsze byłem wysoki i dobrze zbudowany mięśniowo, jednak teraz wyraz mojej twarzy się wyostrzył, a postawa ciała wyprostowała. Zdawałem się być pewniejszy siebie i raczej tak też było. W końcu teraz nie dałbym się wykorzystać, jak wtedy, przed więzieniem. Nie broniłbym tych niewdzięczników i nie skazywałbym się na to wszystko. Przecież nie ja zniszczyłem mieszkanie, tylko Piotr. Fakt, byłem tam z nim i jego paczką, ale gdybym nie wziął ich win na siebie, nie musiałbym odpracowywać wszystkich szkód, tylko podzieliliby je na naszą czwórkę. Spędziłbym w więzieniu góra rok, a nie trzy i może udałoby mi się skończyć kurs spawacza, którego teraz nie mogłem ze względu na długi. Przeczesałem dłońmi krótkie, brązowe włosy i westchnąłem. Miałem przed sobą jeszcze około dwa kilometry na piechotę. Nie żebym narzekał, taka wędrówka była mi wręcz potrzebna, ale żałowałem, że nie mam krótkich spodenek. Mimo wczesnej godziny temperatura nie chciała spaść poniżej dwudziestu stopni i zapowiadał się upalny dzień. Raz jeszcze zerknąłem na szyby. Szaro niebieskie oczy odbicia spojrzały na mnie, by po sekundzie uciec wzrokiem w bok. *** Droga do domu trwała dłużej niż zwykle — z tego co pamiętam. Musiałem poczekać dwie godziny na autobus, który później utknął w korku. W małej miejscowości, oddalonej około siedmiu kilometrów od mojej rodzinnej wsi, znalazłem się o trzynastej dwadzieścia sześć. Stamtąd mogłem jedynie złapać stopa, więc idąc ulicą, dwa razy podnosiłem rękę, gdy zbliżył się samochód. Oczywiście ani jeden, ani drugi się nie zatrzymał. Nie dla mnie, wielkiego, umięśnionego faceta niewiadomego pochodzenia – wątpię, czy ktokolwiek by mnie rozpoznał z daleka. Nie byłem zdziwiony, wręcz spodziewałem się, że będę miał pieszą wycieczkę. Nasza wieś zakończona była ślepą odnogą dwóch zniszczonych dróg, więc niewielu nieznajomych się tu zapuszczało, a ci, którzy się odważyli, przygnani ciekawością, byli traktowani wrogo. Jakby pola, otaczające nasze domy, były jednocześnie naszym wielkim podwórkiem, na które nikt niepożądany nie ma prawa wstępu. To była nora. Koniec świata, zamknięty w gęstwinie lasu. Ślepa kiszka plątaniny dróg i znaków. Zbiór dziwnych ludzi, połączonych ze sobą przez przypadek. Różnie o nas mówiono i my różnie traktowaliśmy nasz dom. Niektórzy chcieli się z niego wyrwać, inni wręcz reagowali paniką, gdy trzeba było pojechać do lekarza w mieście. O dziwo byliśmy też w miarę samowystarczalni. Większość wychowana była po staremu, a cywilizacja dopiero w ostatnich latach do nas docierała w postaci Internetu. Przez to wszystko większość mieszkańców trudniła się rolnictwem albo hodowlą. Reszta miała swoje samochody i jeździła do pracy w mieście. Zarabiali tyle, że starczało im na coś więcej, niż przetrwanie, co było widać po ich domach. Wyremontowanych, gustownie urządzonych, wyróżniających się wśród ledwo trzymających się chałup. Idąc środkiem asfaltu i rozglądając się w bok na drzewa, zastanawiałem się jaka zmiana zaszła w ciągu mojej nieobecności. O ile w ogóle zaszła. Przypominali mi się ludzie. Pani Krysia, która obsługiwała mały sklepik. Codziennie chodziłem do niej po chleb i ser, który skupowała od miejscowego hodowcy bydła, Romana. Niezliczeni znajomi dziadków, których nawet nie pamiętam. Dzieciaki, z którymi się bawiłem za młodu. Ciekawe którzy z nich wybrali się na studia, wyjechali, a których pochłonęła rodowita matka wieś. Krok za krokiem przemierzałem pustkowie cywilizacyjne, napawając się wilgotnym, parnym powietrzem, którego nie czułem od trzech lat. Nic nie było warte, by to stracić. A w szczególności nie telewizor, który chcieliśmy rąbnąć. No tak. Moja największa porażka. Piotr i jego banda. Jako nastoletni dzieciak, który stracił oparcie w dorosłych, próbowałem sam radzić sobie z życiem. Głupiemu, byłemu mnie zaimponował chłopak z sąsiedztwa, zarabiający na kradzieżach. Ba, zaimponował…. Byłem w nim po prostu zakochany. Być może chciałbym teraz znaleźć powód swojego zaślepienia, wytłumaczenie, dlaczego byłem tak bardzo naiwny i ufny. Nie jestem pewien, czy to była miłość, czy skrajna głupota. To śmieszne. Taki kawał chłopa jak ja, którego nie ruszano w więzieniu, dał się w przeszłości oszukać jakiemuś gówniarzowi. Bo co? Bo się w nim zadurzył i wierzył, że ten pomoże mu we wszystkim? Piotr mi nie pomógł. Za to zranił tak mocno, że chyba do końca życia będę miał problemy z zaufaniem komuś, poza swoją siostrą. Zawsze na skraju umysłu będę miał fakt, że trzeba uważać, że nikomu nie wolno wierzyć. Że nawet najlepszy przyjaciel potrafi wbić nóż w serce. A może zwłaszcza przyjaciel. Nie wiem ile mi zajęło dojście do wsi, ale w końcu las ustąpił polom i domostwom, ukazując dobrze mi znany teren. Nawet drzewa witałem z radością i uśmiechem, cisnącym się na usta. Pomachałem dzieciakowi, siedmioletniemu Dominikowi, którego dostrzegłem zza któregoś płotu. Pamiętam go, gdy kończył cztery latka i jedynie domyślałem się, że to on. Miał ten sam kolor włosów, no i przebywał na działce jego rodziców. Chłopiec spojrzał na mnie zaskoczony i czmychnął do domu. Przez chwilę jeszcze za nim patrzyłem, idąc w stronę domu, który był mniej więcej pośrodku wsi. Parę minut zajęło mi, by do niego dotrzeć. Po drodze jeszcze minąłem parę młodzików na rowerach, którzy spojrzeli na mnie ciekawsko. Poznałem niektóre twarze, ale nie zwróciłem na nich zbytniej uwagi, w końcu dostrzegając swój cel. Ceglana chałupa z trzema izbami i łazienką na zewnątrz. Moje marzenie ostatnich lat w końcu się ziściło. Jestem w domu. *** Ramiona siostry wydawały się tak obce i znajome jednocześnie. Oplotła mnie mocnym uściskiem, dławiąc w sobie łzy. Widziałem to po sposobie w jaki zagryzała usta i napinała mięśnie twarzy. Bolało mnie serce, widząc ją w takim stanie. Nie chciałem by płakała, a już w szczególności z mojego powodu. Stojąc z nią w progu, całym sobą chłonąłem jej obecność i zapach domu – Trochę stęchły, ale znajomy i dający bezpieczeństwo. Tu nie będę się musiał obawiać, że ktoś z jakiegoś powodu będzie chciał mi dokopać. — Wróciłem — szepnąłem w ciemne włosy. Odsunąłem ją delikatnie od siebie i spojrzałem w oczy. — Przygarniesz mnie chociaż na jakiś czas? — zapytałem niepewnie. — Zgłupiałeś?! — fuknęła nagle. — To n a s z dom! — zaznaczyła, patrząc mi hardo w oczy. — Chodź do środka. Uśmiechnąłem się szeroko i wszedłem do wąskiego przedsionka, połączonego z kuchnią. Dopiero z niej można było przejść do dwóch kolejnych pokoi, służących kiedyś za sypialnię naszą i dziadków. Dom pozbawiony był łazienki. Mieliśmy jedynie kibel na dworze i miskę w domu. Z westchnieniem usiadłem na jednym z czterech krzeseł, stojących przy starym, zniszczonym stole. Rozejrzałem się dookoła. Ściany musiały być niedawno malowane, bo jako jedyne lśniły czystością w tym pomieszczeniu. Meble pamiętały jeszcze dzieciństwo moich rodziców, więc nie można było od nich wymagać pełnej sprawności. Z szufladami trzeba było się szarpać, by ze zgrzytem się wysunęły, a część drzwiczek wisiała na wpół urwanych zawiasach. — Jutro się za to zabiorę — powiedziałem, schylając się i sięgając do jednej z szafek, która co chwilę otwierała się na oścież. — Tego nie opłaca się naprawiać. Trzeba kupić nowe — stwierdziła Gosia z niesmakiem, siadając naprzeciw mnie. — A masz na to kasę? Bo ja nie… — mruknąłem niechętnie. — Z czego niby? Sprzedaję świnie, starcza z tego tylko na prąd i czasem coś do żarcia. Zerknąłem na nią zaskoczony. Nigdy nie chciała przejmować gospodarstwa. Trafiając do więzienia myślałem, że siostra przestanie się przejmować moim utrzymaniem i zajmie się jakąś robotą, która da jej przyszłość. — Nie masz normalnej pracy? — zapytałem cicho, wbijając w nią spłoszony wzrok. — W tej dziurze? — Uniosła brwi. — Nie ma szans. Chyba, że jakaś ciężka fizyczna praca, ale to już mam tutaj. — Dlaczego nie wyjechałaś? — To nasz dom. — Ale… — zaciąłem się. Teraz już nie wiedziałem, czy była to moja wina, czy po prostu Gośka była zbyt uparta. — Bałam się sama jechać do miasta — wymamrotała cicho, odwracając głowę. — Chcesz herbaty? — Zmieniła szybko temat. — Poproszę — mruknąłem, pozwalając jej. Jeśli nie chciała o tym rozmawiać, uszanuję jej decyzję. Jednak sam już wiedziałem, że mam kolejną rzecz, za którą jestem odpowiedzialny. Ja zawsze chciałem stąd wyjechać, pociągnąłbym ją za sobą. A teraz oboje utknęliśmy w tej dziurze. Być może i pomogę jej przy pracy, ale nie mamy tu przyszłości. Na starość pomrzemy z głodu, bo z pewnością nie dostaniemy żadnej emerytury bez wcześniejszego płacenia składek, a na marny zasiłek nie ma co liczyć. Wyszedłem z więzienia, ale nagle uświadomiłem sobie, że to wcale nie oznacza, że jestem wolny. Nie mogę robić czego chcę. Jestem ograniczony w swoich możliwościach. Tak samo jak zawsze. Mimo upływu lat wszystko nadal jest na swoim miejscu. Gośka zrobiła nam herbaty i znów usiadła naprzeciw, tym razem z parującym kubkiem w dłoniach. — Spłaciłeś chociaż wszystkie długi? — zapytała po chwili milczenia. — Tak. Ale zarobiłem ledwo stówę. Udało mi się na styk. — Chociaż tyle — westchnęła i spojrzała na mnie zmęczona. — Pomożesz mi dzisiaj wieczorem przy świniach. — Oczywiście — potaknąłem. — No i ja mieszkam w ostatnim pokoju. Ty możesz sobie rozłożyć kanapę w małym. W szafach nadal masz swoje ubrania. — Spojrzała po mojej sylwetce. — Wątpię czy wciąż będą pasować. — Może przynajmniej będę miał bieliznę. — Raczej tak. — Kiwnęła głową. — Masz kuratora, zawieszenie, albo coś takiego? — Zawieszenie na dwa lata, ale na szczęście bez kuratora. — Uśmiechnąłem się lekko. — A jak w ogóle było w więzieniu? — zapytała wprost, patrząc na mnie uważniej. — No raczej nie były to wczasy. — Skrzywiłem się. — Zaczepiał cię ktoś? — Zdarzało się, to normalne. — Wzruszyłem ramionami. — Ale radziłem sobie, nic do mnie nie mieli. Wtapiałem się w tłum. Gosia westchnęła i spojrzała w kierunku szuflady, gdzie kiedyś trzymane były papierosy. Z tego co wiem, rzuciła, ale przez lata mogło się sporo zmienić. — Byłaś sama przez cały ten czas? — zainteresowałem się, z jednej strony będąc naprawdę ciekawym, z drugiej chcąc zejść z tematu więzienia. — To znaczy? — Przy jednych odwiedzinach mówiłaś o kimś… — zaciąłem się na chwilę, nie wiedząc jak do tego podejść. — Jesteś z nim nadal? Wtedy dopiero zaczynaliście, ale… — Dwa miesiące temu się rozstaliśmy. Zgasłem nieco, widząc jej poważną minę i przygryzanie policzków od wewnątrz. Bolało ją to. A ja nawet nie poznałem tego gościa. Nie było mnie przy niej, podczas gdy ona zawsze była ze mną. — Nie ma co rozpaczać — stwierdziła nagle, wstając. — Chodź. Pomożesz mi przy świniach. — A w ogóle jak z Harmonią? — Również wstałem i spojrzałem na swoją niedopitą herbatę. Była już letnia, więc szybko opróżniłem kubek i obmyłem go pod zimną wodą. — Jest stara, ale nadal zżera nam trawę — westchnęła kobieta. Uśmiechnąłem się szeroko na samą myśl. Harmonia była klaczą babci, która kochała konie. Sami mniej się nimi interesowaliśmy, ale sentyment pozostał razem ze zwierzęciem, który teraz miał ponad dwadzieścia pięć lat. Bałem się, że staruszka nie dożyje mojego powrotu. Wyszliśmy z siostrą na dwór, po drodze zakładając buty. Przeszliśmy przez niewielki placyk przed domem, by w końcu wejść pod dach zniszczonej obory. Uderzył mnie zapach obornika, wymieszany z przyjemniejszą wonią świeżej trawy. Chwilę trwało, zanim moje oczy przyzwyczaiły się do półmroku, bym mógł dostrzec wyraźniejszy kontur kilkunastu świń, które siostra trzymała w ciasnych boksach. Harmonia stała w ostatniej przegrodzie po prawej. Nie potrafiłem zdecydować się, czy mi żal, że jest tu w takich warunkach, czy cieszę się, że mam choć odrobinę namiastki babci. Nagle posmutniałem. Powinienem pomóc siostrze. Nie powinna radzić sobie sama w takich warunkach. Pamiętam, że kiedyś myślałem, że pomogę jej kradnąc. Teraz wiem, że po prostu chciałem poczuć się lepiej. Niszczenie czyjegoś mienia niczego mi nie dodawało, ani pieniędzy, ani dumy z samego siebie – bardzo rzadko kradliśmy coś naprawdę. A jednak to robiłem, myśląc, że jest to jedyna szansa na polepszenie swojego bytu i zaimponowanie osobie, na której mi zależało. — Twój były… on ci chociaż jakiś czas pomagał? — zapytałem w momencie, gdy wzięła wiadro z przygotowaną wcześniej karmą i wsypała do jednego z koryt. Sam również chwyciłem za drugie, powielając jej ruch. — Tak. Ale nie był tym zachwycony. Po prostu czasem chciał pomóc — powiedziała smutno. — Zdziwiłbym się, gdyby chciał tak żyć — mruknąłem cicho. — Nie myślałaś, żeby się stąd wynieść? — spróbowałem znowu. — Mówiłam ci. To mój dom — powtórzyła. — Jasne. Razem szybko nakarmiliśmy zwierzęta i zamietliśmy odejście, po czym wróciliśmy do domu, siadając tak jak wcześniej w kuchni. — Nadal nie mamy telewizji? — zagadnąłem, tym razem ja przygotowując herbatę. — Nie. — Więc co robisz całymi dniami? — No wiesz. Jakbyś zapomniał — prychnęła. — Albo idę do dziewczyn, albo coś czytam. Nic wielkiego. — I co tam u nich? — Julia wyprowadziła się do miasta, więc z nią nie mam kontaktu. Ale Martyna i Iza wyszły za mąż i prowadzą domy — zaczęła, ożywiając się nieznacznie. Kiedyś nie znosiłem jak babcia mówiła o sąsiadach. A teraz wsłuchałem się w słowa siostry, chcąc się dowiedzieć co robili moi dawni znajomi. Trochę smuciło mnie, że inni, z którymi niegdyś byłem blisko, mieli ciekawsze życie od mojego. *** Pierwszą noc w domu miałem bezsenną. Nie potrafiłem przestawić się z trybu czuwania. Każdy hałas na dworze, każde rżenie, czy stukot budziły mnie na nowo. Nie pomagał fakt, że spałem przy otwartym oknie. Noc była duszna i parna, a moje stare łóżko bardziej miękkie niż prycza z więzienia. Byłem wręcz zdziwiony, że to mi przeszkadza. Nagle usłyszałem nieco inny stukot niż do tej pory i ciche śmiechy. Przekręciłem się na bok, rozbudzając się po raz kolejny, tym razem jednak nastawiając się na nasłuchiwanie. Ktoś był przy stajni. Z mojego miejsca widziałem światła błyskające na ścianach. Przekląłem cicho i wstałem, próbując robić jak najmniej hałasu. Zmarszczyłem brwi, patrząc przez okno. Dzieciaki. Nie mogłem teraz odgadnąć kim kto był, ale niewiele mnie to obchodziło. Ważniejsze było, co trzymały w ręku. Wydawało mi się, że mają puszki, ale zamiast z nich pić, majstrowali coś przy drzwiach stajni. Wyszedłem z mieszkania, przeklinając w myślach skrzypiące drzwi. Na szczęście nikt ich nie usłyszał, więc mogłem podejść niepostrzeżenie do gromady. Było ich sześciu. Wyrostki, niektórzy może już pełnoletni. Rozpoznałem czterech z nich, a pozostała dwójka była pewnie z sąsiednich wsi. Spojrzałem na drzwi stajni, gdzie napisali – „Fabian cwel. Wracaj gdzie twoje miejsce”. I właśnie malowali wielkiego kutasa. Typowe, pomyślałem. Stałem tam jakiś czas, obserwując młodych. Nie miałem pojęcia dlaczego piszą po moich drzwiach i z pewnością mi się to nie podobało, ale z jakiegoś powodu fascynowało mnie obserwowanie ich. Kiedyś też byłem taki jak oni. Karma wraca. Też obracałem się w takim towarzystwie i niemal czułem się, jakbym patrzył na siebie sprzed lat. Szczególnie, gdy obserwowałem najwyższego z nich. Był trochę wycofany, próbujący naśladować swoich towarzyszy. Wydurniał się, niemal naśladował ich ruchy. Śmiał się z żartów. Był sztuczny, niepasujący. Udawał, jak ja kiedyś. Znałem tego dzieciaka. To Kamil, syn przyjaciela moich rodziców. Nie obchodziło mnie nigdy zdanie innych, ale z jakiegoś powodu ubodło mnie, że akurat ten szczyl pomaga w mazaniu moich drzwi. Do cholery, przecież niemal wychowaliśmy się razem. Niemal, bo była spora różnica wieku i rzadko bezpośrednio ze sobą rozmawialiśmy. Co nie zmienia faktu, że obserwowałem go od lat, widziałem jak dorasta, jedliśmy razem niezliczoną ilość posiłków przy spotkaniach moich dziadków i jego rodziców. Byliśmy różni, nigdy nie potrafiliśmy znaleźć wspólnego języka, ale nie wchodziliśmy sobie w drogę. Ba. Przecież czasem mu pomagałem! Nagle jeden z chłopaków spojrzał wprost na mnie i wrzasnął na cały głos. Nie dziwię mu się. Też bym się przestraszył dwumetrowego faceta, umięśnionego, z dwutygodniowym zarostem i bez bluzki, stojącego w ciemności. Chociaż nie. Ja bym się nie przestraszył. Wszystko potoczyło się bardzo szybko. Dzieciaki dały nogi za pas, a ja chwyciłem najbliżej stojącego i najwyższego z nich. Przewaliłem go na ziemię, przygniatając do niej. Próbował się wyrywać, ale nie miał przy mnie szans. Jego koledzy zwiali, zostawiając go na pastwę mojego widzi mi się. Nie przejmowałem się nimi, ważne, że miałem chociaż jednego. Chłopak próbował się wyrwać, jakby miał jakiekolwiek szanse. Nie dorównywał mi w wysokości, sile, wadze ani w doświadczeniu. Nie rozumiałem dlaczego tak się szarpie. To było bez sensu. — Spokój młody — warknąłem. Chwyciłem go mocno za nadgarstki i wstałem, ciągnąc go za sobą. Postawiłem nas na nogi i spojrzałem mu w oczy. Już się nie wyrywał. Mądrze. — I co zrobisz? — spytał butnie. Był pewny swego, nie odczuwał lęku ani skruchy. A przynajmniej na takiego wyglądał. — Wiesz, że znam twoich rodziców — powiedziałem spokojnie, nadal trzymając jego dłonie w mocnym uścisku. Miał długie i ciepłe palce, trochę szorstkie na opuszkach. — Mogę im powiedzieć co dzisiaj nabroiłeś. Myślę, że im się to nie spodoba. Chłopak zagryzł wargę, a zaraz jakby się za to zganił, jego twarz stężała, wzrok niemal palił żywcem. Wytrzymałem jego spojrzenie. — Nie zrobisz tego — stwierdził. — Bo? — Nawet jeśli im powiesz… Jak myślisz. Uwierzą mi, przykładnemu uczniowi i ich synowi, czy facetowi po odsiadce? — Uśmiechnął się wrednie. — Tak sobie myślę… że pójdziemy do mojej siostry. — Uniosłem kącik ust w górę we wrednym uśmiechu. — Myślę, że jej uwierzą. Pociągnąłem go w stronę drzwi domu, a młody zaczął się szarpać. Chyba zdał sobie sprawę z powagi sytuacji, bo jego pewność siebie spadła gwałtownie. Już nie wyglądał tak poważnie jak chwilę wcześniej. — Puść mnie! — krzyczał. — Nie masz prawa! — Och. To zdecydowanie jest legalne — parsknąłem rozbawiony i zacisnąłem palce mocniej na jego ramieniu. Siłą poprowadziłem go do mieszkania, a dalej wprost do sypialni siostry. Zapukałem, tak na wszelki wypadek. — Co?! — krzyknęła z irytacją, ale po chwili otworzyła drzwi. Spojrzała na nas zaspanym wzrokiem z niezrozumieniem. — Ten szczyl razem z kolegami pomalował nasze drzwi sprejem — wyjaśniłem bez ogródek. Teraz dzieciak nie będzie mógł się wykiwać. Kto jak kto, ale moja siostra była szanowana we wsi i jej uwierzy każdy. — Och… — Przyjrzała się uważniej chłopakowi. — Ale dlaczego, Kamil? Chłopak zacisnął usta w wąską linię. Wpatrywał się w podłogę uparcie, czekając pewnie, aż ta farsa się skończy. Sam był sobie winien. — I co z nim zrobimy? — zapytałem siostry. — Kto był z tobą? — zwróciła się do chłopaka, olewając mnie. — Trzech jeszcze rozpoznałem — wtrąciłem. Gosia wbiła we mnie groźny wzrok. — No i co z tego? — jęknął. — Róbcie co chcecie, byle szybko. Walnąłem go otwartą dłonią w tył głowy, aż się nieco schylił. — Ej! — syknął. — Przestańcie! — nakazała Gosia, wyglądając nagle na naprawdę wykończoną. — Wiem co zrobimy. Spojrzałem na nią uważnie, gdy wpatrywała się w nas z zastanowieniem. Już wiedziałem, że będzie to coś, co mi się nie spodoba. — Kamil naprawi jutro drzwi, a ty go przypilnujesz. Nie mam ochoty ganiać po ich rodzicach. Ale… — Spojrzała surowo na chłopaka. — Jeśli jeszcze raz coś takiego się zdarzy, to dowiedzą się o tym wszyscy, jasne? I ty, i twoi koledzy mnie popamiętacie. Trzymaj ich z dala — warknęła, po czym bezceremonialnie zatrzasnęła drzwi przed naszymi nosami. Okej. Nie wiedziałem, że dzisiejszy dzień aż tak dał mojej siostrze w kość. Zawsze robiła się wredna, gdy coś ją martwiło. To był jej sposób na odreagowanie i ukrycie słabości. Zmemłałem w ustach przekleństwo. Teraz będę musiał zajmować się bachorami? Pięknie… — No i co się gapisz młody? — prychnąłem. Raz jeszcze trzepnąłem go w tył głowy i ruszyłem w stronę kuchni. — Wracaj do domu. A jutro masz przyjść na ósmą naprawić te cholerne drzwi. — Ale… — zająkał się, szukając argumentów. — No, dalej, wypad — pogoniłem go, otwierając drzwi. — Jest czerwiec, nie mogę później? — zapytał młodzik z pretensją w głosie. — Nie. Powinieneś być jeszcze przyzwyczajony do wstawania rano. Czy może napisanie trzy tygodnie temu matury sprawiło, że wszystkiego zapomniałeś? — prychnąłem. Chłopak skrzywił się, ale już nie skomentował. Wyszedł w ciemność, rzucając mi jeszcze ostatnie, tym razem zamyślone spojrzenie.
"Jeśli nie odejdę z kapłaństwa, to albo zapiję się na śmierć, albo umrę ze smutku, albo się zabiję" — wyznaje Marcin Adamiec na okładce swojej książki "Zniknięty ksiądz". Po sześciu latach bycia księdzem dotarło do niego, że — choć wstępując do seminarium, był przekonany, że będzie dobrym duchownym — system go zdeprawował. — Stałem się majętny i obojętny — mówi dziś i opowiada, jak naprawdę wygląda codzienne życie księży w Polsce. Wstępując do seminarium, Marcin miał świadomość, że wielu księży, których znał, to byli ludzie smutni, leniwi, złośliwi. — Jednocześnie byłem przekonany, że sam taki nie jestem i będę dobrym duchownym — podkreśla W swojej książce "Zniknięty ksiądz" opisuje życie księży pełne alkoholu, pieniędzy i kobiet. Sam też przyznaje się do wielu win — U bogatszych wiernych dostawało się kopertę, kawę i ciastko, można było posiedzieć dłużej, a do biednego wchodziło się na trzy minuty i wychodziło — opowiada z wyrzutami sumienia — Co roku wzdychałem do innej parafianki. W seminarium uczyli nas, że to normalne. Gorzej, gdy ktoś się nie zakochiwał — wyznaje Rozmawiamy o związkach, które księża mają z kobietami. — Młodzi często rezygnują z kapłaństwa. Starsi nie mają gdzie pójść i żyją w nieoficjalnych relacjach. Wielu żyje w smutku — mówi Marcin Więcej wywiadów znajdziesz na stronie głównej Onetu Napisałeś bardzo szczerą książkę o tym, jak wygląda życie księży w Polsce. To gorzka lektura, krytyki nie szczędzisz nikomu — także sobie. Zastanawiam się, jakie było twoje wyobrażenie o byciu księdzem, gdy wstępowałeś do seminarium. Marcin Adamiec: Idealistyczne. Myślałem, że księża żyją jak w Ewangelii: są raczej ubodzy, poświęcają swój czas na modlitwę i pomoc wiernym, kochają ludzi i są dla nich wsparciem. Nie trzeba być blisko Kościoła, żeby wiedzieć, że to tak nie wygląda. Faktycznie bardzo wielu księży, których znałem, to byli ludzie smutni, leniwi, zblazowani, złośliwi. Myślałem, że to ich naturalne cechy, wychodziłem z założenia, że tacy są, że to po prostu źli ludzie i nie zastanawiałem się, jakie są tego przyczyny. Jednocześnie byłem przekonany, że sam taki nie jestem, bo ja jestem dobry! A skoro tak, to będę dobrym księdzem — nie ulegnę pokusom, będę miał czas dla biednych, chorych i tych, którzy zeszli na złą drogę. Wierzyłem w swoje powołanie. Nie obraź się, ale to brzmi naiwnie. Ale ja byłem przekonany, że Bóg mnie wybrał. Gdy szedłem do seminarium miałem 23 lata, nie byłem dojrzałym mężczyzną. W tym wieku łatwo wszystko sobie wmówić. Myślałem, że dam radę, od czasu do czasu zdarzał mi się pornosik (śmiech), ale zasadniczo życie duchownego wydawało mi się atrakcyjne. Dopiero po 30. zauważyłem, że celibat jest bardzo trudny i coraz gorzej znosiłem samotność. Przez lata nie zauważałem, że stałem się złym księdzem, dopiero gdy zachorowałem na depresję, dotarło do mnie, że bardzo się w swoim życiu pomyliłem. Zebrałeś doświadczenia różnych księży. W tych opowieściach jest mnóstwo alkoholu, pogardy, rozwiązłości, gnuśności. Trudno ci było o tym napisać? Początkowo te zapiski były tylko dla mnie, pomagały mi w terapii, dopiero później przyszedł pomysł, by wydać je w formie książki. A czy było mi trudno? Tak, musiałem się przyznać także do swoich grzechów i win. Ale staram się nie oceniać księży jako jednostek. Moim zdaniem, bardziej niż ci konkretni ludzie, winny jest system i obowiązujące w Kościele zasady. W książce jest taka scena — księża i ich partnerki spotykają się na wspólnej kolacji. Jak zwykłe pary. Kim są kobiety, które wiążą się z katolickimi duchownymi? Większość z nich to religijne kobiety. Poznają księży w parafii lub w szkole, na początku są to relacje bez podtekstów, a z czasem zazębiają się, pojawia się miłość i wtedy jest pytanie — co dalej? I co dalej? Część z nich, szczególnie młodzi, rezygnuje z kapłaństwa. Część żyje w ukryciu, a ich partnerki oficjalnie są gosposiami. Wiadomo, kto jest w relacji, choć nie mówi się o tym głośno. Sam tak zrobiłem. Zakochałem się w kobiecie i przez ostanie pół roku kapłaństwa byłem w ukrytym związku. Ostatecznie zaryzykowałem i odszedłem z Kościoła, nie mając pewności, że ten związek z kobietą przetrwa. Starsi księża nie mają gdzie pójść i żyją w nieoficjalnych relacjach. Współczuję im, bo cierpią, wstydzą się tego, wielu żyje w smutku. Marcin Adamiec autor książki "Zniknięty ksiądz. Moje życie" Foto: Łukasz Giza / Wydawnictwo Agora Podkochiwałeś się w kobietach? Tak, co roku wzdychałem do innej parafianki. W seminarium uczyli nas, że to normalne. Gorzej, gdy ktoś się nie zakochiwał. Dlaczego? Bo, jeśli kleryk nie zakochuje się w kobietach, to w kim? W pieniądzach, zaszczytach, władzy... a wtedy jeszcze trudniej być dobrym człowiekiem. Między księżmi rozmawialiście, który zakochał się, w której parafiance? Oficjalnie nie — spotkania z przełożonymi nie różnią się od spotkań w korporacji. Pokazywane są wyniki, każdy mówi, co mu się udało, jest sztuczna radość, że biskup przyjechał. Jest świetnie, a będzie lepiej — jak w każdej firmie. A szczere rozmowy można było prowadzić tylko w zaufanym gronie, ale pewnych rzeczy i tak nie da się ukryć i widać, który ksiądz ma motyle w brzuchu. A co z tymi, którzy nie poprzestają na platonicznej miłości. Nikt nie reaguje, gdy duchowny mieszka z kobietą? Żeby kuria zareagowała, musi wyciec pikantny filmik z udziałem księdza. Dopóki nie ma takiego dowodu, skandalu — nie ma sprawy. Nawet jeśli ksiądz mieszka z kobietą w tym samym budynku, nikogo to nie obchodzi. Gdyby ktoś chciał zrobić z tym porządek, musiałby wyrzucić ok. 20 proc. księży, a przecież duchownych coraz bardziej brakuje. Jedni mają gosposie, a inni "misiowe dni". Co to są "misiowe dni"? Tak mówiło się na dni, gdy kiedyś na basenie Opolu spotykali się geje. Ja sam nigdy nie byłem na "misiowym zdarzeniu", tylko słyszałem z plotek, że takie spotkania odbywały się w saunie, którą zbudowano na miejscu salek parafialnych. Chcę podkreślić, że nie oburza mnie czyjś homoseksualizm, ale fakt, że salki parafialne przerobiono na sauny dla księży, zamiast robić tam na przykład kuchnię dla osób bezdomnych. Ale chodziłeś, a nie każdy ksiądz mógł. To prawda, byłem. Żeby tam wejść, trzeba było iść z kimś, kto cię tam wprowadzi. Jak księża tłumaczą się przed sobą z drogich samochodów, związków z gosposiami, nadużywania alkoholu czy stosunków homoseksualnych? O tym się nie myśli, to przychodzi samo z siebie. Dziś widzę, jak krok po kroku zaczynałem robić to, co sam wcześniej krytykowałem. Moje ideały topniały. Na początku gorszyło mnie, że koledzy wydają pieniądze na drogi alkohol, ale z czasem sam zacząłem go kupować. Pamiętam, że zdziwiłem się, że jeżdżę po salonach samochodowych i pytam o zniżkę dla księży. "Czemu nie, kupię sobie auto" — pomyślałem, choć kilka lat wcześniej wydawało mi się to zbytkiem. Z ciekawości. Ile jest zniżki dla księdza? 10 proc. można dostać. Sprzedawcy to nawet się cieszą, że ksiądz autem od nich będzie jeździł. System mielił nas wszystkich, deprawował. Ktoś, jak ja, bardziej gustował w alkoholu, ktoś uciekał w gry komputerowe, inny w romanse... W każdym z nas coś się psuło. Aż zdałem sobie sprawę z tego, że nie chciałem już dłużej być księdzem, jakim się stałem. Czułem z tego powodu wielki wewnętrzny konflikt. Nie powiem, że alkohol na plebanii czy romanse księży robią na mnie wielkie wrażenie, ale wstrząsnął mną fragment, w którym opowiadasz o dzieleniu chorych wiernych na lepszych i gorszych. No tak, bo przecież z teoretycznie ksiądz jest dla każdego wiernego. Od razu muszę uderzyć się w pierś i przyznać, że i ja miałem mało serca dla tych, którzy nie mieli pieniędzy. Zależnie od parafii, niektórzy chorzy za taką wizytę za każdym razem ofiarowywali nawet 200 zł. U tych chorych, którzy dawali kopertę, zostawałem na dłużej. U bogatszych wiernych dostawało się kawę i ciastko, można było miło spędzić czas i posiedzieć dłużej, a do biednego wchodziło się na trzy minuty i od razu wychodziło. Na początku to było dla mnie wstrząsające, że chorzy w ogóle płacą za wizytę duchownego, ale z czasem polubiłem to i planowałem te dodatkowe kwoty w swoim budżecie. Wiem, że inni księża też tak robią. To bardzo smutne. Ile czasu minęło, gdy przestałeś łudzić się, że będziesz lepszym księdzem od innych? To, że nie jestem dobrym księdzem, uzmysłowiłem sobie po pięciu latach. Stałem się majętny i obojętny. Do tego stopnia, że w Wielki Piątek miałeś drogę kacową zamiast krzyżowej. Bo Wielki Czwartek to święto kapłanów (śmiech). Pochodzę z nieprzesadnie religijnej rodziny, ale nie wyobrażam sobie, żeby w moim domu w Wielki Czwartek pojawił się alkohol, to bardzo ważny dzień, nie włączaliśmy nawet telewizji. Wśród duchownych nie było już takiego "przesądu" i ta granica z roku na rok się przesuwała — od kieliszka wina po całą butelkę. I tak nie ma konsekwencji. Właśnie. To jeden z problemów. Instytucja zawsze cię ochroni, nawet jak zrobisz coś głupiego. Napisałeś, że przestałeś być przyjacielem nie tylko Boga, ale i samego siebie. Tak i to wszystko doprowadziło mnie do depresji. To nie jest choroba, którą łapie się jak przeziębienie, to efekt silnego wewnętrznego konfliktu. Mój narastał przez lata seminarium, a potem kapłaństwa. Myślisz, że gdyby nie wypadek nadal brałbyś koperty od chorych, pił wieczorami drogi alkohol, żeby nie czuć samotności i co którąś środę chodził z wybranymi księżmi do sauny? Myślę, że tak. Ten wypadek wywołał w moim życiu lawinę zdarzeń. Opowiedz, co się stało. Miałem poważny wypadek samochodowy, w którym mogłem zginąć. Otarłem się o śmierć, zacząłem cierpieć fizycznie i psychicznie. Po tym wydarzeniu została mi trauma, dodatkowo w tym czasie zostałem przeniesiony do innej parafii. Nie bardzo umiałem się tam odnaleźć: nowi ludzie, nowe miasto. Pół roku po wypadku całkowicie się załamałem. Zgłosiłem to w kurii, lekarz zdiagnozował depresję i biskup wysłał mnie na terapię do ośrodka dziennego, gdzie spędziłem trzy miesiące. Terapia rozbiła zupełnie moje życie, dzięki niej stanąłem w prawdzie, zobaczyłem kłamstwa, którymi sam się karmiłem, a przede wszystkim odkryłem, że nie wierzę w Boga. Wszystko się rozpadło i nie mogłem już tak dalej żyć. Marcin Adamiec "Zniknięty ksiądz. Moja historia" Foto: Wydawnictwo Agora Wciąż byłeś księdzem. Jak wyglądał ten moment, gdy uzmysłowiłeś sobie, że nie wierzysz? Wyszedłem po terapii na dwór, spojrzałem w niebo i pomyślałem: przecież to nie jest prawda, nie ma Boga, nie ma zmartwychwstania, to wszystko pomyłka. Miałem wyrzuty sumienia, bo przestałem się spowiadać, czytać Biblię, próbowałem jeszcze się do tego zmuszać, ale uczucie wiary nie wróciło. Po rocznej walce ze sobą podjąłem decyzję, że biorę urlop od bycia księdzem i w czasie tego urlopu utwierdziłem się w przekonaniu, że nie mogę być już księdzem. Rok później zaręczyłem się i wtedy znów poczułem więź z Bogiem. Swoją książkę zatytułowałeś "Zniknięty ksiądz". Dlaczego zniknięty? Ja zostałem zniknięty dwa razy. Pierwszy raz, gdy będąc księdzem, dostałem diagnozę depresji i w nocy musiałem wyprowadzić się na inną parafię. Nikomu z wiernych nie powiedziano, dlaczego tak nagle musiałem się wynieść. Nie zostało to ogłoszone, zostałem przez biskupa zniknęty. Dla mnie to było bolesne, bo wiem, że parafianie zaczęli dociekać, że może piję, albo mam kochankę lub zrobiłem coś jeszcze gorszego, skoro mnie przeniesiono z dnia na dzień. To częsta praktyka, gdy coś jest nie tak. Dlaczego biskup nie mógłby powiedzieć: "Drodzy wierni, ksiądz Marcin cierpi z powodu depresji i musi odpocząć". No, ale pojawiłyby się zaraz pytania: "a dlaczego ma depresję?" i trzeba by jakoś z tego wybrnąć, a tak — był człowiek, nie ma człowieka. Po co wnikać? Tak w Kościele załatwia się wszystkie niewygodne sprawy — złamanie celibatu, skandale finansowe, przypadki pedofilii, wypadki po alkoholu… Dlaczego w przypadku mojej depresji system miałby zadziałać inaczej? Ksiądz jest i nagle znika. Znikają nawet biskupi. Nikt oficjalnie nie pyta, nikt oficjalnie nie tłumaczy. Drugi raz zniknięto mnie, gdy poprosiłem o urlop. Było mi ciężko, bo ludzie myśleli, że wciąż jestem księdzem, a ja de facto już nim nie byłem. Nie wiedziałem, jak to im wyjaśnić, że się zwolniłem z tej pracy. Wtedy też niczego nie tłumaczono. Nie ma człowieka, nie ma problemu. "Z roku na rok jako ksiądz stawałem się gorszym człowiekiem". Rozczarowałeś sam siebie? Czułem się oderwany od życia, czułem, że należę od wyższej kasty. Nie miałem w sumie obowiązków, odpowiedzialności, to mnie deprawowało. Ale muszę być szczery — dziś, dzięki terapii, wiem, że wierni nie oczekiwali ode mnie cudów ani mądrych zdań, ani wskazówek, ani porad, potrzebowali miłości, przytulenia, wysłuchania, zrozumienia. Nie potrafiłem im tego dać. Straciłem tę umiejętność w trakcie posługi. Nie kochałem nikogo, na niczym mi nie zależało. Teraz umiem kochać, przepraszać, być szczerym. Jako ksiądz nie potrafiłem. Czy gdybyś sam nie odszedł z kapłaństwa, ktoś zauważyłby, że straciłeś wiarę? Że jesteś księdzem, który nie wierzy w Boga? Nikt by tego nie zauważył. Mógłbym tak tkwić latami, ale nie chciałem udawać, męczyć się. W pewnym momencie powiedziałem biskupowi, że nie wierzę w Boga, to nie był dla niego problem. Jak mógł uznać, że to nie jest problem? Miałem nadzieję, że może wyśle mnie do Jerozolimy, żebym tam odszukał wiarę, tymczasem otrzymałem tylko dekret na inną parafię. Dla biskupa to nie było problemem. Ilu znasz dobrych księży, którzy po latach wierzą w to, co robią i żyją zgodnie z zasadami, które głoszą? Znam wielu księży, którzy się starają. Ale większość księży, których poznałem, to nieszczęśliwi ludzie. Głównie z powodu braku rodziny i takiego codziennego sensu życia. Po tych latach uważam, że celibat powinien być dobrowolny. Jak po tylu latach życia jako duchowny poradziłeś sobie w normalnym związku? Z Darią znałem się już wcześniej, ale związaliśmy się dwa lata temu, gdy miałem 35 lat. To, że udało nam się zbudować relację, zawdzięczam terapii. Przez 3 miesiące przez 8 godzin dziennie zajmowałem się sobą — pozbywałem egoizmu, strachu, lęku, że nie powinienem wchodzić w relację z kobietą. Na terapii zawalczyłem o siebie i ten związek, po drodze popełniając masę błędów, bo muszę przyznać, że bywałem dupkiem. Uczucie do Darii było moim uzdrowieniem, pozwoliło mi poznać i polubić siebie mimo wad i słabości, które przecież mam. Dla niej to też nie było łatwe — pokochała księdza. Odejście z kapłaństwa porównujesz do wyjścia z więzienia. Dla mnie to była ulga. Gdy przestałem być księdzem, na nowo odzyskałem wiarę. Chodzę do kościoła, gdy chcę, a nie kiedy muszę, modlę się, gdy czuję potrzebę. Zniknął też przymus ekonomiczny — nie jestem zależny od biskupa, ale od tego, co zarobię swoimi rękami. To daje mi dużą satysfakcję, czuję się dorosły, wolny i odpowiedzialny. Nie muszę się nikogo bać. Nikt nie może mnie ukarać za to, co myślę i czuję. Jaki zawód wykonujesz? Wychowałem się w rodzinie dwujęzycznej, mówię płynnie po niemiecku i pracuję w korporacji. Miałem dużo szczęścia i znalazłem fajną pracę. Jest coś, za czym tęsknisz? Nie mogę powiedzieć, że życie księdza było całkiem do niczego. Zanim zobojętniałem, pomagałem jako pracownik socjalny, organizowałem wolontariaty, pomagałem w hospicjach, ośrodkach dla osób bezdomnych. Robiłem tam proste czynności jak obieranie ziemniaków na obiad, bez wymądrzania się. Lubiłem to i tego mi trochę brakuje. Myślę, że znajdzie się okazja, żeby to dobro znów komuś dać. Chodzisz do kościoła? Tak. Nie przeszkadza ci to wszystko, co wiesz o księżach? Możesz zaufać duchownemu? Przy ołtarzu spotykam znajomych. Widzę, który przytył, który wczoraj nieco wypił... Żal do środowiska pomału mi mija. I jeszcze raz chcę podkreślić, że choć coraz wyraźniej widzę kryzys w Kościele, moja książka nie ma na celu oskarżać księży. Chciałem opisać struktury i pokazać, że to kościelny system jest zły, a jeśli ludzie stają się źli, to dlatego, że tkwią w złych strukturach. Kościół odmawia dyskusji na ten temat, dlatego ktoś musi to ruszyć.
Aresztowano mnie nocą W ubiegłym roku, Muzeum Regionalne w Barlinku, podjęło się rozmów z osobami internowanymi w czasie stanu wojennego. Tym razem zachęcamy do przeczytania wspomnień Andrzeja Szai. Dlaczego mnie internowano? Były trzy powody. Za założenie na terenie województwa gorzowskiego związku rolników, przemycenie ogromnej ilości literatury niezależnej i za przymierzanie się do utworzenia partii ludowej. 12 grudnia wróciłem z Gorzowa do domu. Koło północy poszedłem spać. Nagle usłyszałem straszne dudnienie do drzwi. Za nimi stali milicjanci, którzy powiedzieli mi, że jestem aresztowany. O tym, że coś się będzie działo, wiedzieliśmy już dawno. Wiedzieliśmy, że coś się stanie, nie wiedzieliśmy tylko kiedy i w jaki sposób to zrobią. Otworzyłem im drzwi i na podstawie decyzji, którą trzymali w rękach, poinformowano mnie o przewiezieniu na komisariat. Do mieszkania weszło dwóch milicjantów. Ubrałem się ciepło i wyszliśmy razem. Na zewnątrz stało jeszcze dwóch milicjantów z psem. Poprowadzono mnie do samochodu i dowieziono na ul. Sądową na komisariat milicji. Siedziałem tam do późnych godzin porannych. Nie pamiętam teraz czy widziałem tam jeszcze kogoś z aresztowanych tego wieczora. Nad ranem kazali mi zejść na dół i wejść do „suki” milicyjnej razem z innymi internowanymi (Małodobry, Gorlach, Małodecki i Kaczmarek). Nie znałem wtedy nikogo z nich za wyjątkiem Adama Małodobrego. Po zamknięciu nas w samochodzie, gdzieś nas wieźli. Najgorsze w tym wszystkim było to, że nie wiedzieliśmy co się będzie z nami działo i gdzie jedziemy. Po dotarciu na miejsce nie byliśmy zorientowani gdzie nas przywieziono. Okazało się, że to Wawrów. Do środka prowadzono nas w szpalerze utworzonym z milicjantów. Otrzymaliśmy więzienne uposażenie i zaprowadzono nas do cel. 13 grudnia rano przez więzienne głośniki usłyszeliśmy o wprowadzeniu stanu wojennego. Wtedy już widzieliśmy co tak naprawdę dzieje się w całej Polsce. Zomowcy byli nastawieni do nas raczej wrogo. Traktowali nas jak „obcych”. Chcieli nas sobie podporządkować. Na apelach ustawiali nas w dwuszeregu, meldunki stanu obecności – wszystko w więziennym trybie. Protestowaliśmy przeciwko temu. Nie wychodziliśmy z łóżek (apel zawsze odbywał się w celi). W jednej celi było nas 12 osób, w środku umywalka i ubikacja. W tych pierwszych dniach aresztowania odczuwało się ogromne napięcie. Dowiedzieliśmy się o strajku w Ursusie i Stilonie. Później okazało się, że Ursus został rozbity a przewodniczącego strajku skatowano i skazano na więzienie. 17 grudnia Stilon podjął decyzję o rozwiązaniu strajku. Nieprzyjemną sytuacją było wystąpienie Grzegorza Frąckiewicza o poparciu wprowadzonego stanu wojennego. Za to został wypuszczony z więzienia. Podobną decyzję podjął Kułaj prezes ZZR „Solidarność”. Na początku pobytu w więzieniu nie było żadnych odwiedzin. Dopiero po świętach rodziny mogły się z nami spotkać. Jak wyglądała codzienność? Żeby się trochę „rozruszać” chodziliśmy w koło stołu i notorycznie kłóciliśmy się ze służbą więzienną. 06 stycznia dowiedzieliśmy się, że gdzieś nas będą wieźli. Znowu nie wiedzieliśmy co z nami będzie. 07 stycznia rano kazali nam się spakować. Tak jak staliśmy tak wychodziliśmy, znowu w szpalerze zomowców. Do dwóch zaparkowanych przed więzieniem samochodów zapakowano nas jak sardynki do puszek. Jechaliśmy w mrozie i tłoku. Ktoś z nas miał lusterko. W jego odbiciu po wystawieniu przez wywietrzniki zauważyliśmy tablicę „Legnica”. Wszystkich nagle ogarnęły czarne myśli. Garnizon wojska radzieckiego i lotnisko. Jednak jechaliśmy dalej. W końcu dotarliśmy do Głogowa. Pamiętam, że na wieżyczkach strażniczych siedzieli żołnierze, którzy krzyczeli, że przez internowanych muszą tu siedzieć. Wrzucili nas w cztery cele. Poznaliśmy internowanych wcześniej z Zielonej Góry. Żołnierze zdążyli już ich spacyfikować. My próbowaliśmy na nich wpłynąć, tłumacząc im, że są internowani a nie aresztowani. Dzięki temu przyłączyli się do nas. W Głogowie drzwi cel były pootwierane. Można było się przemieszczać. Warunki jednak były tam tragiczne. Pojęcie WC – nie było czegoś takiego. Załatwialiśmy się do dziury w podłodze. Plaga szczurów, karaluchy, które lądowały w jedzeniu, brak ciepłej wody, brak posługi kapłańskiej. Ciągle chodziliśmy też w tych samych ubraniach bo nie było jak i gdzie ich uprać. 20 stycznia do Głogowa przyjechała kompania ZOMO, żeby nas spacyfikować. Podczas obiadu „wyławiano” kilka osób i wywożono do innych więzień. Byli agresywni i wystarczyłaby mała iskra, żeby wybuchła tragedia. 24-28 stycznia podjęliśmy głodówkę w ramach protestu przeciwko takiemu traktowaniu. W czwartym dniu protestu sprowadzono księdza, który prosił nas o przerwanie głodówki. Ciężka sytuacja w Głogowie trwała do momentu pojawienia się tam Międzynarodowego Czerwonego Krzyża. Od tej chwili mogliśmy wychodzić nawet na spacerniak, docierały dary, środki czystości. W Głogowie produkowaliśmy znaczki, pocztówki, krzyżyki. Utworzyliśmy nawet chór, który niestety tylko raz wystąpił. Dużo rozmawialiśmy i z tym rozmów dowiedzieliśmy się, że wspólnie z nami internowano wykładowców z uniwersytetów. Poprosiliśmy ich o wykłady. Robili je nam. Osobiście uczęszczałem na filozofię. Z resztą do tej pory jest to moja pasja. fot. J. Żołnierkiewicz Życie w internowaniu trzeba było sobie organizować po swojemu, żeby ciągle o tym nie myśleć. W maju 1982 dołączyli do mnie inni internowani z Barlinka. Właśnie wtedy były demonstracje w Polkowicach. Stamtąd też przywieźli więźniów. Kiedy przed wigilią więzienie opustoszało to teraz ponownie pękało w szwach. Raz jednych wypuszczali i więzienie było puste a raz innych przywozili i znowu pełne. Internowanych odwiedzały rodziny, jednak wtedy na ten wyjazd potrzebne były pozwolenia z urzędu. Podczas widzeń ze swojej strony przekazywaliśmy listy a któregoś dnia udało się nam nawet przemycić radio. Przez ten cały czas internowania trwaliśmy w wartościach, które były przed aresztowaniem. Głównym celem SB było nakłanianie nas do podpisania lojalki lub wyjazdu z biletem w jedną stronę. Mnie osobiście wzywano kilka razy. Nie podpisałem niczego i odpuścili. Ze związku rolników znam jednego, który wyjechał. Udało im się go nakłonić. 13 lipca 1982 roku wyszedłem z więzienia z obowiązkiem meldowania się w MO. Po jakimś czasie wrócili po mnie. Wtedy już zniknąłem. Do domu przychodziły wezwania do wojska. Nie mogłem do niego iść bo byłem jedynym żywicielem rodziny. Jednak nie było tłumaczeń. 05 stycznia 1983 poszedłem do wojska. Po 7 miesiącach wyrzucili mnie stamtąd, bo odmówiłem przysięgi na armię czerwoną. 22 lipca przyszedł do mnie dowódca plutonu i kazał mi jechać do domu. Po powrocie nie mogłem znaleźć pracy. Na roli wszystko padło. Nie wiedziałem co robić. Pracę znalazłem dzięki Adamowi Małodobremu. Zatrudniono mnie na PKP w Gorzowie Wielkopolskim. Pracowałem przez 1,5 roku jako odprawiacz pociągów. Nigdy nie zaprzestałem działalności w Solidarności. Pamiętam jak poszedłem w odwiedziny do Adama Małodobrego. Tam było SB. Aresztowano mnie wtedy. Najśmieszniejsze w tym, że postawili mnie na świadka oskarżenia przeciwko Adamowi. U mnie też były przeszukania. Przekopali nawet obornik. Kiedyś pożyczyłem od Adama wartburga. Upchałem w niego papier i wiozłem do Warszawy. Dojechałem na Mokotów a tam auto się rozsypało. Jednak udało się jakoś naprawić i wróciłem do Barlinka z materiałami na 11 listopada i z połową maszyny drukarskiej. Ulotki rozrzucaliśmy nie tylko po Barlinku ale i po całej okolicy. Z Andrzejem Szają rozmawiała monikary
wyszedłem z więzienia co dalej